Jedną z największych zalet zajęć i warsztatów, które odbywają się w ramach Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim jest gościnny udział prawdziwych fachowców z branży.
Jedne z warsztatów z cyklu Creative Writing prowadził laureat tegorocznych paszportów polityki Paweł Demirski. Kolejne warsztaty prowadził z nami młody autor, dziennikarz i PR’owiec Łukasz Śmigiel. Lada dzień ukaże się jego nowy zbiór opowiadań pt. Mordercy. Teasery tego wydawnictwa są bardzo zachęcające.
Podczas zajęć wspólnie rozebraliśmy na części jedno z jego opowiadań pt. Kozioł Ofiarny. Rozmawialiśmy sporo na temat różnych zawiłości gatunkowych we współczesnej literaturze. Mi osobiście niesamowicie przypadł do gustu uwielbiany także przez Łukasza Śmigla gatunek pulp fiction. Po skończonych zajęciach, naszym zadaniem było wyprodukowanie opowiadania zahaczające właśnie o gatunek pulp fiction. Zapaliłem się do pracy jak nigdy i wysmażyłem 10 stron. Poniżej fragment mojego opowiadania. Komentarze mile widziane.
Cios zemsty – fragment
Migoczący rytmicznie neon umieszczony na ścianie motelu sączył do obskurnego pokoju mdłe, blado-różowe światło. W łóżku leżała olśniewająco piękna dziewczyna. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Cienkie prześcieradło okrywało jej młode ciało, opinając się na krągłych udach i pełnych piersiach. Grube, puszyste blond loki opadały swobodnie na poduszkę.
Po chwili z łazienki wyszedł mężczyzna. Owinięty wokół bioder biały ręcznik, ledwie wystarczał by okryć jego wielkie, owłosione cielsko. Powoli zbliżał się w kierunku łóżka. Z twarzy nie schodził mu głupawy uśmieszek. Takie kąski, jak ta kotka dzisiaj nie zdarzają się często.
- Cierpliwości kochanie, wujek Momo już do Ciebie idzie – powiedział do dziewczyny.
Patrzyła na niego pełna obrzydzenia. Jednak uśmiech na jej twarzy był szczery. Cieszyła się, że już za kilka sekund pośle go do wszystkich diabłów i zrobi światu wielką przysługę. Sprzątanie śmieci, takich jak Momo, to prawdziwa przyjemność. Osobisty interes dziewczyny, jaki załatwi przy tej okazji nie powinien nikomu robić różnicy. W tej sekundzie mignął jej obraz jak Momo z bandą kilku innych opryszków pastwi się nad jej rodzicami. Widziała krew i słyszała krzyki. Nigdy nie zapomni widoku martwych oczu rodziców, które patrzyły na nią błagalnie, gdy Momo ulżył wreszcie swoim sadystycznym zapędom. Tak, to prawda. Momo był za głupi by działać sam. Wszystkiemu przyglądał się lokalny gangster Trey Stone. To on rozdawał karty. Fakt jednak pozostaje faktem. Sprawiedliwość musi zostać wymierzona i nawet ktoś tak ograniczony umysłowo jak Momo musi zapłacić za swoje czyny.
- Czekam na ciebie – syknęła przez zaciśnięte zęby, w kierunku grubasa, który gramolił się na łóżko.
Momo jednym ruchem ściągnął z niej prześcieradło i aż jęknął z zachwytu na widok nagiego ciała dziewczyny. Jęczał, sapał i ślinił się coraz bardziej. Jego myśli był już tak pochłonięte tym, co wydarzy się na chwilę, że nie mógł zauważyć, jak ręka dziewczyny sięga pod łóżko. Wszystko trwało ułamki sekund. Lewą ręką odepchnęła grubasa, prawą natomiast wyciągnęła spod łóżka obrzyna. Przystawiła go do olbrzymiego cielska i pociągnęła za spust. Siła wystrzału rzuciła Momo na przeciwległą ścianę, a wielorybie ciało osunęło się powoli na podłogę smarując na ścianie strużki świeżej krwi.
Wstała z łóżka i powoli zaczęła się ubierać. Nosiła się mało praktycznie. Zawsze na czarno. Na dole obcisłe skórzane spodnie i czarne kowbojskie buty z czerwonymi akcentami. Na górze ciasny, skórzany gorset wiązany po bokach rzemieniami. Podeszła do ogromnego ciała, w którym kończyły się ostatnie procesy życiowe. Patrzyła z pogardą na wstrętną gębę wykrzywioną w paskudnym grymasie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej największy wróg Trey Stone dowie się o śmierci jednego ze swoich popleczników szybciej, nim ona zdąży opuścić szeroki jak morze stan Teksas. Stone na pewno nie pofatyguje się osobiście, ale była pewna, że jego ludzie opiszą mu wszystko ze szczegółami. Uklęknęła nad zwłokami i na czole grubasa wyskrobała nożem trzy litery „S”. Trey Stone będzie musiał się dowiedzieć jak rozszyfrować ten skrót: Samantha Star Steel.
3 „S”, jak nazywali ją niektórzy jej przeciwnicy, była młoda, energiczna i bezlitosna. Bardzo często zdarzało jej się działać pochopnie, bez namysłu. Nie tym razem. Nim stary, dobry Momo wyzionął ducha, wyciągnęła z niego, sobie tylko znanym sposobem informację, gdzie przebywa obecnie jej wróg. Jest niedaleko, bliżej niż kiedykolwiek wcześniej, dziesięć godzin jazdy samochodem stąd. Jej cel: stara plantacja bawełny w mieście Indianola, stan Mississippi.
Po kilkugodzinnej, szaleńczej jeździe i dwóch przystankach, około południa zboczyła z głównej drogi w stronę starej plantacji, dokładnie tak jak pokazywał jej GPS. Nie lubiła tych elektronicznych gadżetów. Bardziej ufała swojej intuicji i orientacji w terenie, ale tym razem nie miała wyjścia. Nie miała czasu na pomyłki i ewentualne błądzenie po bezdrożach, a jej intuicja lubiła czasami miewać humory. Minęła rozlatujące się ogrodzenie i zardzewiałą tabliczkę z napisem „Indianola Cotton Plantation”. Żar lał się z nieba. Powietrze było tak wilgotne, że można by je kroić nożem. Wokół słychać było jedynie natrętnie hałasujące świerszcze.
- Nic dziwnego, że Stone wybrał to miejsce na swoją kryjówkę – powiedziała sama do siebie – nie zajrzałby tutaj nawet pies z kulawą nogą.
Zdjęła nogę z gazu. Zbliżała się do zabudowań plantacji. Wszechogarniająca cisza nie wróżyła nic dobrego. Wszędzie pusto. Żadnych strażników, żadnego auta.
- Coś tu się kroi – pomyślała i namacała chłodną lufę swego ukochanego obrzyna, który leżał na siedzeniu pasażera.
Zatrzymała auto przed budynkiem plantacji. Wysiadła i sprawdziła ekwipunek. Dwie kabury udowe. Dodatkowe magazynki. Maczeta w pochwie na plecach. Niezawodny obrzyn w ręku.
- No to idziemy, robota się sama nie zrobi – dodawała sobie otuchy.
Nadchodzący podmuch wiatru wziął w obroty tumany kurzu, który momentalnie osiadł na jej skórzanych butach, spodniach i włosach.
- Wejścia głównymi drzwiami raczej się nie spodziewają.
- Przestań wreszcie gadać do siebie – skarciła się – skup się, jeżeli chcesz wyjść z tego cało.
Obeszła wkoło największy budynek – pustka. Nacisnęła klamkę głównych drzwi i popchnęła je lekko. Powoli weszła do środka. Coraz mocniej zaciskała palce na kolbie broni. Przeszła ciasny, cuchnący stęchlizną korytarz i weszła do większego pomieszczenia – pustka.
- Co tu się wyrabia? – znów powiedziała sama do siebie. Reprymenda poleciała już w myślach, po cichu.
Zrobiła szybki obchód. Przez ściany, z byle jak zbitych desek, wpadały do środka jasne promienie południowego słońca, oświetlając unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Pod sufitem umieszczone były wąskie podłużne okna, które poza szczelinami w ścianach stanowiły jedyne źródło światła. Znajdowały się tutaj dwie pary drzwi – jedne były z pewnością drugim wejściem, drugie prowadziły do innych pomieszczeń. Wybrała te drugie. Kolejna izba nie różniła się wiele od pierwszej. Podobne ściany i okna. Nagle poczuła jakieś dziwne uczucie. Jakby ktoś ją obserwował. W takich wypadkach jej intuicja się nie myliła. Ktoś tu musi być. Próbowała uspokoić przyspieszony oddech i zlokalizować wrednego obserwatora. Jej wzrok zatrzymał się na jedynych, zamkniętych w pomieszczeniu drzwiach. Mogła by przysiąc, że usłyszała jakiś drżący dźwięk. Podeszła do drzwi i zdecydowanym ruchem szarpnęła za klamkę. W niewielkiej komórce siedział zwinięty w kłębek i drżący ze strachu chłopak w trudnym do określenia, na pierwszy rzut oka, wieku. Równie dobrze mógł mieć 16, 20, a może i 25 lat. Z wyglądu podobny był zupełnie do nikogo.
- Ooo jej, niech mnie pani nie zabija. Niech mnie pani nie zabija – odezwał się chłopak po chwili. Drżącymi rękoma poprawił okulary w grubej rogowej oprawce, które zjechały mu na sam dół nosa.
- Dobra, po kolei. Kim jesteś i co tu robisz? – odpowiedziała Samantha. Czuła jak powoli schodzi z niej napięcie.
- Nazywam się Leopold Stotch. Zamknęli mnie tutaj ludzie tego bandziora Trey’a Stone’a.
- To i tak dość dziwne, że jeszcze żyjesz. Albo miałeś im się do czegoś przydać, albo zmywali się stad w niezłym pośpiechu – zauważyła dziewczyna.
- Chyba na szczęście to drugie, bo ewidentnie gdzieś się spieszyli, a już kilka razy szykowali się, żeby się mnie pozbyć.
- A skąd w ogóle się tutaj wziąłeś?
- Eem, to dość długa i nieco krępująca historia.
- W porządku opowiesz mi po drodze do miasta. Podrzucę cię gdzieś, chyba, że wolisz zostać tutaj.
- Nie, nie, ja oczywiście bardzo chętnie z panią – nieśmiało odezwał się chłopak.
- Daj spokój, jestem niewiele starsza od ciebie, mów mi Star.
Młody Leopold okazał się dużo większym gadułą niż wyglądał. W czasie jazdy opowiedział jej całą historię.
- Bo chodzi o to, że ja jestem Michaelem Jacksonem, wiem to na pewno. Niech się pani… nie śmiej się, to prawda – zapewnił Star, gdy zauważył jak jej piękne usta zwinęły się wdzięcznie w lekki uśmieszek – No ale nawet Michael Jackson, ten pierwszy, nie umiał tak od razu tańczyć. Tak samo ja muszę najpierw nauczyć się tańczyć. Niestety moi rodzice oznajmili mi delikatnie, że chyba się z własnym ten tego, na łby pozamieniałem i żebym wybił sobie z głowy, że będę się gibał jak jakiś czarnuch. Wiesz, jesteśmy na południu, tutaj cały czas, nawet dzisiaj, czarni i biali to dwa różne światy. Taki ktoś jak ja jest temat żartów dla jednych i politowania dla drugich. Ale wracając do rzeczy – rodzice, rodzicami, szanuję ich, ale skąd oni mogą wiedzieć jak to jest być Michaelem Jacksonem? Znalazłem więc sposób, na szybkie rozwiązanie mojego problemu i błyskawiczną naukę tańca. To wszystko przez niego – powiedział chłopak i wskazał palcem na radio samochodowe. W jednej ze stacji leciał właśnie utwór „Crossroads”
- A co ma do tego Eric Clapton?
- Nie Eric Clapton. To tylko jedna z wersji. Autorem oryginału jest Robert Johnson. Kojarzysz?
- Ten od legendy o sprzedawaniu duszy diabłu w zamian za umiejętność gry na gitarze?
- Dokładnie ten sam. Okazało się, że jeden z jego potomków żyje, tutaj niedaleko w Greenwood. Pojechałem do niego, podpytałem i dobiłem targu. Mało kto o tym wie, ale Robert Johnson zostawił dokładne instrukcje dotyczące tego, jak zawrzeć podobny pakt. Zebrałem wszystkie instrukcje…
- Zapłaciłeś odpowiednią kwotę – przerwała Star.
- Zapłaciłem odpowiednią kwotę i ruszyłem na spotkanie. Równo o północy, na skrzyżowaniu dróg niedaleko Greenwood miała spotkać się ze mną wiadomo persona, wręczyć mi odpowiednio przygotowane buty, w zamian za moją duszę. No i stoję na tym skrzyżowaniu. Czekam. Komary tną jak wściekłe. Równo o północy podjeżdża czarny Cadillac. Zatrzymuje się przede mną. Wysiada z niego ogromny, czarny mężczyzna i przedstawia się jako wiadomo kto – chłopak zrobił dłuższą pauzę.
- No i? Jak to się skończyło? Bo dalej nie wyglądasz na uczestnika programu „You Can Dance”.
- Skończyło się tak, że jedyne co mi zostało z tego całego paktu to para śmierdzących trampek i paskudna blizna w dolnej części pleców, jeśli wiesz co mam na myśli. Pan „Szatan” twierdził, że jest tylko jeden sposób na wydobycie duszy z mojego ciała. – gdy skończył zdanie, popatrzył nieśmiało na Star Steel.
- Żartujesz, nie możesz mówić poważnie – Samantha nie wytrzymała i wybuchła śmiechem – przepraszam, ale przyznasz, że to musi brzmieć zabawnie.
- Tak wiem, szybko zdałem sobie sprawę z tego jaki byłem głupi. Koleś zabrał mnie do jakiegoś podejrzanego doktora, pod narkozą wycięli mi nerkę i odwieźli na to samo skrzyżowanie.
- Nerkę? Wycięli ci nerkę? To był ten sposób na wydobycie twojej duszy? – dziewczyna przestała się śmiać.
- No tak, nerkę, a myślałaś, że co?
- Nie, nic. Mów dalej.
- Kiedy wreszcie doszedłem do siebie, nie uwierzysz, ale okazało się, że wcale nie potrafię tańczyć. – Stotch spojrzał znacząco na Samanthe, a ta jak na zawołanie udała zaskoczenie – Pomyślałem, że koniecznie muszę coś z tym zrobić. Zemścić się na tych, którzy mnie oszukali. Problem w tym, że nie miałem zielonego pojęcia jak się do tego zabrać.
- I postanowiłeś zwrócić się do tego bandziora Trey’a Stone’a? To było najgłupsze co mogłeś zrobić.
- Teraz to wiem, ale wtedy nie wiedziałem. Poszedłem do baru, gdzie zwykle Stone jadł lunch i opowiedziałem mu cała historię. Wysłuchał mnie cierpliwie, po czym wywiózł na plantację i zamknął w komórce. Resztę opowieści już znasz. Nawet nie wiem, co chciał ze mną zrobić.
Leopold Stotch kończył swoją opowieść, gdy zbliżali się do centrum miasta.
- No jesteśmy prawie na miejscu, gdzie cię wysadzić? – zapytała Star.
- Jak? Jak to wysadzić? Nie możesz mnie tutaj zostawić. Chcę jechać z Tobą. Pomogę ci dopaść Stone’a. Poza tym muszę zostać Michaelem Jacksonem, pamiętasz? Jesteś moją jedyną nadzieją na zdobycie odpowiedniej sumy pieniędzy.
- Po pierwsze primo skąd ta pewność, że mam zamiar śledzić Trey’a Stone’a i w jaki sposób ty mógłbyś mi pomóc, a po drugie primo, po co ci pieniądze.
- Może żaden ze mnie Einstein, ale swoje wiem. Jak tak siedziałem w tej komórce, to udało mi się usłyszeć to i owo o planach Stone’a. Słyszałem też jak rozmawiali o 3 „S”. Poza tym, mówili jeszcze o tym, jak załatwiłaś jakiegoś Momo. Gdy Trey Stone się o tym dowiedział, to stwierdził cytuję: „Ta mała zdzira myśli, że będzie sobie tak ze mną pogrywać? Dorwę ją!”. Wydał kilka rozkazów i w ciągu godziny nie było po nich śladu. Mówili coś jeszcze, że ruszą twoim tropem w stronę granicy z Meksykiem. Chyba nie wiedzieli, że ty wiesz o ich kryjówce na plantacji w Indianoli – Leopold Stotch dokończył zdanie, wyraźnie z siebie zadowolony.
- No dobra, może rzeczywiście na coś się przydasz. Po drodze odpowiesz mi na drugie pytanie. Mam nadzieje, że umiesz prowadzić, czeka nas 13 godzin jazdy.
- A dokąd dokładnie jedziemy?
- Amarillo, w stanie Teksas.
Samanta Star Steel była w swoim żywiole. Na najbliższym skrzyżowaniu z całych sił pociągnęła rączkę hamulca ręcznego, lewą ręką zakręciła kierownicą i wcisnęła do oporu pedał gazu. Znów była w drodze. Przed oczami miała jeden cel. Pomścić śmierć rodziców, którzy tak bardzo ją kochali. Zwłaszcza ojca. On kochał ją najmocniej. Niekiedy za mocno.